Pn-Pt 9.00 - 17.00 668-352-401

Nasze historie

Piegus i Miller


Czworonożna ferajna

Kiedy zobaczyłam zdjęcie Klaudii z Piegusem i Millerem zastanowiło mnie – jak to jest, że takie psy trafiają do schronisk.
Piękne, radosne, szczęśliwe…
Poprosiłam ją, aby w skrócie opisała mi swoją historię. Wyobraźcie sobie, że wzruszyła mnie tak bardzo, i to nawet kilkakrotnie, że nie mogło jej zabraknąć w tym projekcie.

Chciałabym, abyście zatrzymali się na chwilę i przeczytali ją do końca. Ma bardzo ważne przesłanie.

„Witaj! Pozwól że opowiem Ci naszą historię – Historię moich czterech kompanów.

Cofnijmy się do chwili kiedy to wszystko się zaczęło.
W mojej rodzinie odkąd pamiętam zawsze był jakiś czworonóg. Jako mała dziewczynka zapragnęłam mieć takiego przyjaciela w swoim domu. Nie musiałam długo namawiać rodziców, bo już kolejnego dnia byłam w schronisku.Wybór padł na szczeniaczka, który siedział sam i nie był szczególnie nami zainteresowany. Uczyliśmy się siebie nawzajem i razem „dorastaliśmy”.
Po trzech latach dołaczył do nas drugi pies – szczenię, którego życie miało skończyć się nad rzeką, ponieważ nie chciano go w domu. Nie zastanawiałam się ani sekundy nad tym jak postąpić. Nie miałam wątpliwości czy nasz pies rezydent go zaakceptuje ponieważ z natury był bardzo przyjaznym psem. Zajmował się młodszym kumplem. Razem chodzili na spacery, jedli posiłki, czasami psocili. Mijały lata, a między nami więź rozkwitała. Wystarczyło tylko moje jedno spojrzenie, a one już wiedziały, że idziemy na spacer.
Los pozwolił nam się cieszyć jeszcze parę lat w szczęściu. Niestety sprowadził mnie na ziemię po paru pięknych latach. Mój starszy przyjaciel ciągle spał, nie miał apetytu i w zasadzie to ja budziłam go, aby wyjść z nim na spacer. Postanowiłam pojechać z nim do weterynarza, jeśli nie zobaczę zmiany w jego zachowaniu, które tłumaczyłam sobie jego wiekiem szesnastu pięknych lat.
Po wizycie okazało się, że pies ma raka. Wiadomość wstrząsnęła mną tak że nie słyszałam nic innego oprócz bębniącego w mojej głowie słowa ‚rak’. Jedyny sposób, aby mu ulżyć w cierpieniu było poddanie go zabiegowi. Nie mogłam powstrzymać łez ponieważ tego samego dnia oddałam drugiego psa na zabieg usunięcia jak się później okazało niegroźnej chrząstki. Na drugi dzień miałam zgodę od weterynarza na przyjazd po psy. Kiedy jednak przyjechałam wydano mi tylko psa któremu usuwano chrząstkę i poinformowano mnie, że drugi pies musi do siebie dojść pod kroplówką i mam czekać na telefon. Godziny mijały, a ja nie mogłam sobie znaleźć miejsca w domu.
Gdy nadszedł wieczór pies który wrócił do domu zaczął strasznie wyć… Nie wiedziałam co się dzieje, nie mogłam go uspokoić. Nie minęło 10 minut, a na mój telefon dzwoni obcy numer. Odebrałam. Nie wierzyłam w to co usłyszałam. Mój szesnastoletni przyjaciel wygrał z rakiem, ale przegrał z samym sobą. Serce mu nie wytrzymało i odszedł za tęczowy most po pół godzinnej reanimacji.
Serce pękło mi na miliony kawałków. Nie wiedziałam co mam robić. Przecież zawsze był przy moim boku, wszędzie widziałam jego miskę czy smycz.
Noc miałam nieprzespaną, a rano musiałam wstać żeby podpisać dokumenty u weterynarza. Pojechała ze mną mama, która też bardzo to przeżyła. Kiedy wyszłyśmy od weterynarza nie wiedziałam co robić, czułam pustkę, pies które był w domu na przestrzeni tych paru godzin też się zmienił. Nie chciał jeść, pić, wychodzić z domu. Był nieobecny. Pierwszy raz widziałam w jego oczach tak wielki żal i ból.
Wiedziałam że muszę coś zrobić.
Postanowiłam z mamą pojechać do schroniska w Borku. Byłam pewna, że żaden pies mi nie zastąpi Odiego i nie mogę oczekiwać, że będzie taki sam albo podobny do niego. Z bólem serca i łzami w oczach przekroczyłam progi schroniska. Wiem że Odi nie chciałby, aby jego kolega był sam i skoro „ustąpił” swoje miejsce w naszych sercach i domu muszę postąpić jak z nim. Adoptować psa.
Nie chodziło o to, żeby zastąpić sobie psa. Chodziło o to, aby pies który był w domu nie zamknął się w sobie. Żeby dać drugą szansę czworonogowi ze schroniska. Powiedziałam jednej z Pań dlaczego tu przyszłam mimo, że głos łamał się w pół. Pani oprowadziła nas po schronisku i nagle zobaczyłam jego. Biały, puchaty, pięcioletni o bursztynowych oczach pies. Nie wiedziałam jakim cudem tak piękny pies dalej nie ma „swojego” człowieka. Poprosiłam Panią o możliwość spaceru z tym psem, żebym mogła zobaczyć jak się zachowuje na smyczy. Pani powiedziała, że spróbuje go zapiąć ponieważ nie zawsze daje się zabrać na spacery przez to, że jest bardzo nieufny i płochliwy.
Po chwili miałam Milera na smyczy. Bał się każdego szelestu, stuknięcia. Po spacerze miałam wątpliwości czy poradzę sobie z psem tak nieufnym. Rozmawiałam w schronisku z Paniami o Milerze i jak się okazało znalazły go w lesie i do końca nieznana była wtedy jego historia. Po tym jak trafił do schroniska był 2 razy adoptowany i 2 razy wrócił do schroniska. Dlaczego? Nie mam pojęcia… Pracował z nim behawiorysta. Decyzja była o tyle ciężka, że nie znałam powodu jego powrotów do azylu. Bałam się że może to być trudny pies i mogę sobie z nim nie poradzić.
Po rozmowie z Paniami stwierdziłam, że od dziś Miler już ma swój dom i rodzinę. Adoptowałam psa mimo swoich obaw.
Niedługo minie pół roku odkąd jest z nami. W żadnym wypadku nie było tak, że po adopcji pies się z nami witał jak oszalały, w końcu dwa razy wracał do schroniska po adopcjach i jego wiara w ludzi była równa zeru. Na początku raczej był samotnikiem, sam się oswajał z nowym kumplem, nowym domem. Płoszyły go najcichsze szelesty.
Codzienna praca z tym psem w końcu dała efekty. Mam wrażenie że pies dał nam kredyt zaufania, który został spłacony dając mu dom, rodzinę, miłość.

Dziś Miler to wesoły psiak, który nie stroni od zabaw, długich spacerów. Moim zdaniem potrzebował kogoś kto będzie cierpliwy i da mu czas aby się otworzył.
Na dzień dzisiejszy zrobił tak ogromne postępy, że aż trudno uwierzyć że to ten sam pies. Bez problemu pojedzie do salonu dla psów gdzie można go kąpać, obcinać paznokcie czy sierść. Dziś z perspektywy czasu śmiało mogę powiedzieć, że to właśnie ten pies dał nam lekcję pokory, cierpliwości. Czekał tam tylko na kogoś kto go zrozumie.
Po tej adopcji byłam w kontakcie ze schroniskiem. Co jakiś czas dzwoniłam, aby powiedzieć jak to mały pies o wielkim sercu zmienia się nie do poznania. Kilkakrotnie przywoziłam do schroniska koce, karmę, wyprowadzałam psy na spacer.
Pewnego dnia na stronie schroniska zobaczyłam zdjęcie psa, którego oczy były tak smutne, że chciałam poznać jego historię. Będąc w schronisku chciałam go wyprowadzić na spacer. O Piegusie, bo tak ma na imię ten pies wiadomo było tylko to, że właścicielka psa zmarła i rodzina go oddała od tak…
Pies mający 7-8 lat któremu życie w jednej chwili legło w gruzach. Po tym przejściu pies był bardzo zamknięty w sobie. Pracował z behawiorystą.
Tego dnia postawiłam wszystko na jedną kartę i pięć minut przed zamknięciem schroniska złożyłam podpis. Podpis na umowie adopcyjnej. Nie miałam obaw, że się nie dogada z psami które mam w domu. Piegus podobno pracował razem z Milerem z behawiorystą w schronisku więc byłam pewna, że wszystko dobrze się skończy. Jadąc autem Piegus wdrapał mi się na kolana i tak spędziliśmy naszą pierwszą wspólną podróż.
Od tamtej pory było tylko lepiej. Dziś będzie prawie pięć miesięcy naszego wspólnego życia. Piegus to miłość chodząca na czterech łapach. Jest tak wspaniałym psem więc nie rozumiem dlaczego trafił do schroniska.
Nic nie niszczy chętnie chodzi na spacery, daje znać jak wraca do domu drapiąc drzwi, aby go wpuścić do środka. Ma tyle miłości i wdzięczności w sobie, że jest to nieprawdopodobne.

Poznałeś/łaś już moją historię i psy które odmieniły moje życie.
Jak widzisz Miler nie był psem przytulanką – raczej psem wyzwaniem, które mnie nie zniechęciło mimo obaw. Dziś jest psem któremu za trzecim razem się udało.
Piegus, któremu życie legło w gruzach też jest psem nie do poznania. A mój rezydent jest zadowolony – ma dwóch kompanów z którymi goni na spacerach.
Jestem dumna z tej czworonożnej ferajny. Psy z różnych środowisk, po różnych przejściach, w różnym wieku.
Jak to opisywali inni uczestnicy projektu – Adopcja jest to stan duchowy, musi być świadoma. Często psy ze schronisk to nie typowe kanapowce i misie do przytulania. Wymagają sporej pracy i nierzadko pokładu energii. Jeśli jesteś gotowy/a na wiele poświęceń i chcesz zmienić świat jednemu psu – adoptuj. Psy potrafią się w niesamowity sposób odwdzięczyć. Myślę, że to one zmieniły mój świat i dużo mnie nauczyły. Jeśli miałbym podejmować tą decyzję jeszcze raz – nic bym nie zmieniła. Mam nadzieję, że pomogę choć jednemu czworonogowi opowiadając historię moją i moich adopcji.

Dziękuję Ci, że zostałeś/łaś do końca i pamiętaj… zawsze masz wybór. NIE KUPUJ – ADOPTUJ”.

Klaudia Marzec







Leave a reply


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *








Recent Portfolios


Ta strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie. Polityka cookies

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close